Jednak w żadnym wypadku nie chciałam zapamiętać tego kolejnego miesiąca TERAPII…
Temperatury znów „ustaliły się” na poziomie ponad 39 stopni. O innych „efektach” trudno wspominać (ustawiczne zimno, dreszcze i „takie inne żołądkowe”…). Generalnie robiłam się coraz słabsza… Zapiski w moim „wyżalaczu” stały się bardzo nieczytelne… I miałam tego wszystkiego dość!!! Kolejne badania kontrolne dały chyba mocno kiepskie wyniki. Pani doktor była zmartwiona. Konsultacje… i jej decyzja: konieczność czasowego zmniejszenia dawki „interka” i dalszego obniżenia dawek „rybki” (już tylko dwie tabletki na dobę). A dodatkowo niezbędne dalsze zażywanie leku zapobiegającego powrotowi bakterii (niezbędny był dłuższy czas). Po tej informacji nastąpił mój (skrajnie irracjonalny!) protest, że może JEDNAK NIE obniżać dawek, że ja MUSZĘ DAĆ RADĘ, bo znów nie będzie efektu leczenia itd… Że przecież „zaciskam zęby i staram się trzymać w pionie” itd. , itp. … (Chyba zachowałam się jak histeryczka, ale „rozgrzeszyłam się” działaniem „interka”). Pani doktor była bardzo wyrozumiała, ale kategorycznie odpowiedziała na te moje „wybryki”: „Przecież likwidując wirusa nie możemy jednocześnie pani (…) zrobić krzywdy!”. „Organizm nie może być w ustawicznej walce. Musi złapać oddech”… Zamilkłam… No cóż, skoro tak trzeba…
To prawda. Mimo mojego „oślego uporu” jednak było trzeba… Temperatury znacznie się obniżyły (czasem nawet do 37,5 st.!!!). I to już było bardzo dużo!!! Reszta „atrakcji” (bóle i cała reszta) odbywała się bez zmian, a nawet chyba troszkę bardziej „zaczęły brykać”… A może ja inaczej te „dokuczliwości” odbierałam, bo nie przyćmiewała ich już wysoka gorączka? … Powoli jednak zaczynałam się „odbijać od dna”…
Zostaliśmy na działce kilka tygodni dłużej niż było planowane, bo nasz blok miał remontowaną elewację. „Zaradna ekipa” zakleiła szczelnie okna we wszystkich mieszkaniach. W takiej „ciemnicy” i w niewietrzonych pomieszczeniach „nie dawało się żyć”. Zdecydowanie lepiej było wśród zieleni… Niestety, moja kochana chora tego nie rozumiała. Zaczęła popłakiwać całymi dniami, nie chciała jeść… Tęskniła już za swoim pokoikiem… A mnie to wcale nie poprawiało nastroju (i tak już nie najlepszego…).
To był niedobry miesiąc… Przyznaję z pokorą, że kilka razy byłam blisko poddania się… Od podjęcia tej beznadziejnej decyzji uratowały mnie „esemeski” od przyjaciółek i znajomych: „trzymaj się!”, „jesteśmy z Tobą myślami”… i przekorne, ale życzliwe słowa rodziny: „jesteś przecież twarda baba - dasz radę!”. Te dobre, serdeczne słowa dawały siłę: „jakoś tak głupio się poddać, jeśli tyle bliskich osób wierzy, że podołam i wytrzymam tę walkę…” Ale nie było mi łatwo… Może dlatego, że to już tak długo trwało (w każdym razie dla mnie było to baaaardzo dłuuugo) …
Nie!!!! Nie chciałam i nie chcę tego czasu pamiętać!!!
„Doczłapałam” (a precyzyjniej: „dowlekłam się”…) do końca dwudziestego czwartego tygodnia terapii… Sam fakt uświadomienia sobie, że POŁOWA(!!!) JUŻ ZA MNĄ dał mi mocną motywację do dalszej walki… Stwierdziłam: teraz już będzie „z górki”… Przyzwyczaiłam się (no, prawie, PRAWIE się przyzwyczaiłam…) do: „interka”, „rybki” i „zajzajeru”… Tej szczególnej trójki sprzymierzeńców, która była dla mnie tak wredna, dokuczliwa i zarazem bardzo życzliwa… I mimo wszystko, uśmiechnęłam się patrząc w przyszłość…
