O autorze
lat x>50 - z zawodu pedagog, matka dwójki dzieci i babcia trojki wnucząt. Uwielbiam pracę w ogrodzie, czytać książki. O tym, że choruję na WZW C dowiedziałam się 11 lat temu. W tym czasie przeszłam terapię dwulekową. Na niniejszym blogu dzielę się swoimi spostrzeżeniami dot. choroby WZW C oraz terapii trójlekowej.

Moje WZW C: „Człapię” … Jednak uśmiecham się, bo według prostego wyliczenia powinnam mieć już „z górki”…(25-28 tydzień)

Bardzo miła była świadomość tego, że połowa „wewnętrznej wojny” jest już za mną. Jednakże nadal „człapałam”.

Nie czułam się zbyt komfortowo. Chociaż troszkę próbowałam coś robić, kiedy miałam lepsze chwile, to jednak nadal byłam słaba i zdecydowanie lepiej mi było w pozycji „horyzontalnej”. Zaczynając kolejny – już dwudziesty piąty! – tydzień terapii pojechałam (z „obstawą” w osobie męża) do „zakaźnika” na badania kontrolne i wizytę do pani doktor. Te „połówkowe” badania obejmowały również ponowne oznaczenie poziomu wiremii. Wyniki badań kontrolnych miałam już w godzinach popołudniowych: „Nie poprawiły się, ale i nie pogorszyły”. To już było „coś” dobrego. Pani doktor zdecydowała o powróceniu do normalnej dawki „interka” (czyli zwiększenie). Jednakże „rybka” miała być nadal przyjmowana w tej samej (dużo obniżonej dawce). Oprócz tego, dalej miałam przyjmować lek zapobiegający namnażaniu się bakterii. Na stwierdzenie, czy mój sublokator nie próbuje powrócić musiałam trochę poczekać. Jakoś się tym „czekaniem” nie przejęłam. Większej cierpliwości ode mnie wymagał mój mocno spowolniony „majestatyczny” rytm życia oraz wszelkie „atrakcje” wywoływane przez szaleństwa „sprzymierzeńców”…

Remont bloku, w którym mieszkaliśmy dobiegał końca. Można było odsłonić okna i wywietrzyć mieszkanie. Wreszcie mogliśmy wrócić do domu. Uff… Stan psychiczny mojej kochanej podopiecznej był nienajlepszy. Bardzo już tęskniła za swoim „kącikiem”. Wiadomość o wyjeździe zmusiła mnie do mobilizacji. Trzeba było popakować rzeczy, zabezpieczyć „to i owo”. Wprawdzie poważniejsze prace zawsze robił mąż, ale pakowanie… wolałam sama. Wówczas łatwiej mi było wypakować rzeczy i pochować we właściwe miejsca. Ot, typowa „babska przywara”… A jednak … Ten wysiłek był dla mnie dobry od strony psychicznej. Poradziłam sobie. Pakowałam się „powolutku”, a wiele spraw załatwiałam „majestatycznie” i „po królewsku” po prostu pokazując palcem co trzeba zrobić… Podziwiałam świętą cierpliwość domowników do mnie… No i wreszcie wróciliśmy w domowe pielesze. Rozpakowywałam rzeczy w podobnym tempie jak pakowałam… Ale byłam z siebie bardzo dumna, bo mimo zmęczenia i innych „atrakcji” DAŁAM RADĘ!!!

Tak, dałam radę… Ale jednak nie było „z górki”… Fakt, doczłapałam się do tego „szczytu” (połówki terapii), ale wcale nie zaczęłam „schodzić”. Określiłabym ten „szczyt” jako płaskowyż. Ważne było to, że „stabilizowałam się” w swoich dolegliwościach… Po wysiłku związanym z pakowaniem i podróżą „padłam totalnie”. Jedyne co chciało mi się robić, to leżeć i spać. Starałam się to robić w miarę możliwości jak najczęściej…


Leżeć? To było możliwe, ale spać?... „Sprzymierzeńcy” w walce z moim sublokatorem „szaleli” dalej… Do wszystkich dotychczasowych „atrakcji” związanych z ich działaniami doszły coraz bardziej dolegliwe skurcze. Najpierw tylko nóg, potem rąk… Było to bardzo nieprzyjemne… Utrudniało bardzo wykonywanie codziennych obowiązków… Uniemożliwiało tak dobry, regenerujący sen… Byłam coraz bardziej zmęczona tą wojną, która się we mnie toczyła… Coraz bardziej…
Trwa ładowanie komentarzy...