Remont bloku, w którym mieszkaliśmy dobiegał końca. Można było odsłonić okna i wywietrzyć mieszkanie. Wreszcie mogliśmy wrócić do domu. Uff… Stan psychiczny mojej kochanej podopiecznej był nienajlepszy. Bardzo już tęskniła za swoim „kącikiem”. Wiadomość o wyjeździe zmusiła mnie do mobilizacji. Trzeba było popakować rzeczy, zabezpieczyć „to i owo”. Wprawdzie poważniejsze prace zawsze robił mąż, ale pakowanie… wolałam sama. Wówczas łatwiej mi było wypakować rzeczy i pochować we właściwe miejsca. Ot, typowa „babska przywara”… A jednak … Ten wysiłek był dla mnie dobry od strony psychicznej. Poradziłam sobie. Pakowałam się „powolutku”, a wiele spraw załatwiałam „majestatycznie” i „po królewsku” po prostu pokazując palcem co trzeba zrobić… Podziwiałam świętą cierpliwość domowników do mnie… No i wreszcie wróciliśmy w domowe pielesze. Rozpakowywałam rzeczy w podobnym tempie jak pakowałam… Ale byłam z siebie bardzo dumna, bo mimo zmęczenia i innych „atrakcji” DAŁAM RADĘ!!!
Tak, dałam radę… Ale jednak nie było „z górki”… Fakt, doczłapałam się do tego „szczytu” (połówki terapii), ale wcale nie zaczęłam „schodzić”. Określiłabym ten „szczyt” jako płaskowyż. Ważne było to, że „stabilizowałam się” w swoich dolegliwościach… Po wysiłku związanym z pakowaniem i podróżą „padłam totalnie”. Jedyne co chciało mi się robić, to leżeć i spać. Starałam się to robić w miarę możliwości jak najczęściej…
Leżeć? To było możliwe, ale spać?... „Sprzymierzeńcy” w walce z moim sublokatorem „szaleli” dalej… Do wszystkich dotychczasowych „atrakcji” związanych z ich działaniami doszły coraz bardziej dolegliwe skurcze. Najpierw tylko nóg, potem rąk… Było to bardzo nieprzyjemne… Utrudniało bardzo wykonywanie codziennych obowiązków… Uniemożliwiało tak dobry, regenerujący sen… Byłam coraz bardziej zmęczona tą wojną, która się we mnie toczyła… Coraz bardziej…
