… … …
Powoli… Oj, baaardzo powoooli zaczynało być lepiej…
„Kosmiczne jedzonko” w postaci niezliczonej liczby tabletek dawało rezultaty. Skurcze jakby troszkę były mniejsze i coraz lepiej przesypiałam noc. Wynik kolejnego badania w „zakaźniku” podbudował mnie – morfologia była troszkę lepsza… Nie na tyle, aby zwiększyć dawkę „rybki”, ale i tak to już było COŚ! Kontrolne badania u pani doktor endokrynolog także poprawiły mi humor. Tarczyca zachowywała się bardzo stabilnie. To była dobra wiadomość. (Mimo woli pamiętałam problemy, które wystąpiły w czasie pierwszego leczenia i ich rezultat).
Poprawił mi się troszkę apetyt. Wprawdzie jedzenie nadal było gorzkie, jak sobie życzył „zajzajerek”, ale wchodziło zdecydowanie lepiej. Mimo to dalej spadałam na wadze…
Odważyłam się na samodzielne pójście na mały spacer. Dobrze, że po drodze były ławeczki… UDAŁO SIĘ! … A jednak na powtórzenie tego „wyczynu” musiałam troszkę dłużej zaczekać…
Mimo tych dobrych sygnałów, miałam dość. Byłam zmęczona… bardzo zmęczona… Coraz częściej zdarzały mi się „dołki”… Nawet pocieszanie Świadkowej i Eski nie pomagało mi na te „smuteczki”… Martwiłam się, czy przy zmniejszonej tak długo dawce „rybki” damy sobie radę z „sublokatorem”, czy nie wykorzysta on tego „słabszego punktu”… Nie pomagało mi żadne „racjonalne” podchodzenie do sprawy… Obawy były…
Mogłam już czytać (wcześniej wyższe gorączki na tę przyjemność nie pozwalały). Odrywałam się od rzeczywistości czytając „co się dało”… Pomagało … Trochę …
Pocieszałam się: jeszcze tylko miesiąc łykania „zajzajerku”, a potem już naprawdę będę miała „z górki”…
