O autorze
lat x>50 - z zawodu pedagog, matka dwójki dzieci i babcia trojki wnucząt. Uwielbiam pracę w ogrodzie, czytać książki. O tym, że choruję na WZW C dowiedziałam się 11 lat temu. W tym czasie przeszłam terapię dwulekową. Na niniejszym blogu dzielę się swoimi spostrzeżeniami dot. choroby WZW C oraz terapii trójlekowej.

Moje WZW C: „Wlokę się” dalej … To już ósmy miesiąc terapii (29-32 tydzień)

Ten „płaskowyż” na „szczycie” wydawał mi się bardzo rozległy…Oj, baaaardzo… „Wlokłam się” przez niego i nie widziałam zejścia…

„Zajzajer”, „interek” i bardzo już osłabiona „rybka” uparcie prowadzili walkę dalej… Ja już nie miałam siły im kibicować… „A niech się dzieje co ma być”… Jedyne, co podtrzymywało mnie w tej „mozolnej wędrówce” to była wiadomość, że po dwudziestu czterech tygodniach „wirusa nie wykryto”… Przyjęłam ten fakt dziwnie. Zamiast się cieszyć, byłam prawie obojętną… PRAWIE… Nie cieszyłam się, że jest fajnie, że walka moich „sprzymierzeńców” weszła już w fazę obronną. Już nie wyrzucali sublokatora HaCeVałka, tylko bronili mu dostępu do mnie. Razem z tym czwartym „przeciwbakteryjnym”. To była już ich walka. Ja miałam wrażenie, że staję się coraz bardziej bierna… Zbudowali okopy… Przypuszczam, że związane z takimi działaniami „odwadnianie terenu” doprowadziło do dolegliwości w postaci skurczów. Momentami miałam uczucie, że „skręcam się w supełki”… Niestety, czasem do „rozplątania mnie” potrzebny był mąż. Tak te „węzełki” były silne. Bardzo to wyczerpywało mnie… Dodatkowe badania wykazały ogromny spadek elektrolitów… Dostałam zalecenie przyjmowania kolejnej „baterii” tabletek. Te z kolei dostarczały mojemu organizmowi brakujących elektrolitów i mikroelementów… W dawce „uderzeniowej”…

… … …

Powoli… Oj, baaardzo powoooli zaczynało być lepiej…
„Kosmiczne jedzonko” w postaci niezliczonej liczby tabletek dawało rezultaty. Skurcze jakby troszkę były mniejsze i coraz lepiej przesypiałam noc. Wynik kolejnego badania w „zakaźniku” podbudował mnie – morfologia była troszkę lepsza… Nie na tyle, aby zwiększyć dawkę „rybki”, ale i tak to już było COŚ! Kontrolne badania u pani doktor endokrynolog także poprawiły mi humor. Tarczyca zachowywała się bardzo stabilnie. To była dobra wiadomość. (Mimo woli pamiętałam problemy, które wystąpiły w czasie pierwszego leczenia i ich rezultat).

Poprawił mi się troszkę apetyt. Wprawdzie jedzenie nadal było gorzkie, jak sobie życzył „zajzajerek”, ale wchodziło zdecydowanie lepiej. Mimo to dalej spadałam na wadze…

Odważyłam się na samodzielne pójście na mały spacer. Dobrze, że po drodze były ławeczki… UDAŁO SIĘ! … A jednak na powtórzenie tego „wyczynu” musiałam troszkę dłużej zaczekać…

Mimo tych dobrych sygnałów, miałam dość. Byłam zmęczona… bardzo zmęczona… Coraz częściej zdarzały mi się „dołki”… Nawet pocieszanie Świadkowej i Eski nie pomagało mi na te „smuteczki”… Martwiłam się, czy przy zmniejszonej tak długo dawce „rybki” damy sobie radę z „sublokatorem”, czy nie wykorzysta on tego „słabszego punktu”… Nie pomagało mi żadne „racjonalne” podchodzenie do sprawy… Obawy były…


Mogłam już czytać (wcześniej wyższe gorączki na tę przyjemność nie pozwalały). Odrywałam się od rzeczywistości czytając „co się dało”… Pomagało … Trochę …

Pocieszałam się: jeszcze tylko miesiąc łykania „zajzajerku”, a potem już naprawdę będę miała „z górki”…
Trwa ładowanie komentarzy...