Potem pojechałam na rutynowe badania powiększone tym razem o oznaczenie poziomu wiremii. I tak zaczęłam ostatnie 12 tygodni terapii. Teraz w „okopach” zbudowanych przed ponowną inwazją HaCeVałka tkwili tylko „interek” i „rybka”… A „rybka” znów powiększyła swoje siły o kolejną tabletkę. To dlatego, że wyniki morfologii miałam troszkę lepsze. I tak miało już być do końca leczenia. Wprawdzie nie była to „pełna” (czyli początkowa) dawka, ale zawsze większa. Ważne to było także dla mojej psychiki, bo już zaczęły mi przychodzić głupie myśli, że jak moi „sprzymierzeńcy” nie są w pełnym liczebnie składzie, to efekt ich działań nie będzie taki jak trzeba i „sublokator” znajdzie jakąś „dziurę w płocie” i wróci… Głupie myśli… Ale to pewnie dlatego, że byłam już tak bardzo zmęczona i „znużona” tą walką.
No, ale przecież od tej pory miało być lepiej… Podobno… Początkowo nie odczułam istotnej różnicy… Prawdę mówiąc nie miałam się czasu zastanawiać nad tym, jak działają moi „obrońcy”, ani jak się czuję „obok” toczącej się walki obronnej.
Po pierwsze: moja kochana podopieczna przewróciła się którejś nocy (a nikt z nas tego nie słyszał – być może zmęczenie niedospanych przez nas nocy dało się we znaki) i trzeba było pojechać na badania na oddział ratunkowy do szpitala. Na szczęście nic poważniejszego się nie stało, ale potłuczenie było dokuczliwe… Musieliśmy chorej poświęcić jeszcze więcej uwagi, zwłaszcza nocami… Po drugie: trzeba było przygotować święta… Wprawdzie mąż i dzieci przejęli większość obowiązków, ale która „baba” nie przejmuje się w tym wyjątkowym czasie… Przecież w domu zawsze jest coś do zrobienia dla „baby”, zwłaszcza w tak wyjątkowym czasie… Po trzecie: Tuż po świętach mieliśmy się spotkać „na luzie” z przyjaciółmi. Miał to być czas dla mnie, dla nas szczególnie radosny… Zwłaszcza, że „przecież było już z górki”…
A jednak stało się inaczej…
W drugi dzień świąt dostaliśmy straszną wiadomość: nagle zmarł Stach, mąż Eski i nasz wieloletni największy przyjaciel. Wiele dni zabrało nam uświadomienie sobie tej strasznej prawdy. „Przecież właśnie umówiliśmy się na świąteczne spotkanie, chcieliśmy omawiać wspólne działkowe działania… Tyle mieliśmy różnych planów…”. To był SZOK dla nas wszystkich… Biedna, biedna Eska…
Najbliższe kilka tygodni po tym tragicznym wydarzeniu przeżyłam jak w letargu… I prawdę mówiąc nie wiem czy dolegliwości, które mi towarzyszyły były w wyniku przedłużonego jeszcze działania inhibitora proteazy, zmęczenia związanego z przygotowaniem do świąt, czy szoku… Wcale nie zastanawiałam się nad nimi… Nie były ważne…. Istotne było to, że nie było już wśród nas Stacha i koniecznie trzeba było „być dla Eski”… Żeby wiedziała, że nie jest sama…. … …
Nie, TYCH tygodni też nie chcę pamiętać! Ale z zupełnie innego powodu…
Przede mną było jeszcze tylko osiem „kosmicznych” tygodni…
