Moje WZW C: Zbliżam coraz szybciej do końca… ( 41-44 tydzień).

Ostatnie osiem tygodni rozpoczęłam (jak zwykle) wizytą kontrolną w „zakaźniku”. Najważniejsze były wyniki poprzednich badań obecności HaCeVałka. Radośnie się uśmiechnęłam, gdy usłyszałam: „po 36 tygodniach leczenia WIREMII NIE WYKRYTO”!!!

Uff!!!! Kolejne badanie poziomu wiremii miało już być w dniu zakończenia terapii – za osiem tygodni…

Pani doktor jak zwykle spytała mnie o samopoczucie. Dobrze było porozmawiać o swoich mimowolnych obawach. Ostatnio miałam za dużo różnych „manifestacji” i „atrakcji” oraz poważnych problemów ze skórą (zwłaszcza na twarzy!). Budziło to we mnie potężny niepokój… To nie była histeria (no, może troszkę…). To brało górę przykre doświadczenie po efekcie pierwszego leczenia… Na moje emocje pewnie też miało wpływ działanie „interka”. Ta krótka, a merytoryczna rozmowa podbudowała mnie mocno. Na szczęście… Wyniki badań kontrolnych poznałam szybko. Okazało się, że muszę jeszcze je uzupełnić. To prawdopodobnie "moja uparta bakteria" zaczęła ponownie rozrabiać. (Od połowy poprzedniego miesiąca miałam znowu temperatury dochodzące do 40 st. Może wpłynęły na to także szok i przykre emocje?). Na szczęście ta „sojuszniczka” „mojego byłego” (jak to by było fajnie HaCeVałka” na zawsze nazwać „byłym”!) była pod czujną obserwacją. Ucieszyło mnie bardzo, że poprawiła się morfologia. I można było bezpiecznie znów zwiększyć mi dawkę „rybki”. W odniesieniu do porcji „wyjściowej” była już prawie pełna. Dawało to mojej, rozhisteryzowanej ostatnio, osobie ponownie nadzieję, że ta dodatkowo powiększona „bateria” „dobije” tego paskudę HaCeVałka.

Końcówka leczenia dawała mi się mocno we znaki. Nie mogłam jednak narzekać. Przecież nie było tak kiepsko jak w poprzednich miesiącach… Generalnie z każdym dniem czułam się coraz lepiej (choć bardziej - o paradoksie! – „dokuczliwiej”). Miałam DUŻO WIĘKSZE SIŁY… Toteż nadrabiałam z nawiązką „stracony czas”, bo nie wiedziałam, kiedy znów będę miała „gorszy dzień” i „padnę”… Już nawet mogłam utrzymać w ręku szydełko i igłę… Zaczęłam powolutku wracać do ulubionych babskich robótek… Dlaczego powolutku? To nadal dokuczające mi skurcze dłoni nie pozwalały jeszcze na dłuższą robotę. Ale i tak już byłam szczęśliwa, że coś tam działam… A każda rzecz, którą zrobiłam, każda najdrobniejsza czynność dawała mi radość, że już MOGĘ WIĘCEJ ROBIĆ. To było bardzo, bardzo miłe. I budujące…

Jedzonko zaczęło mieć smak… No może jeszcze nie całkowicie taki, jak powinno, ale już było jako takie. Słone i słodkie już dało się rozróżnić i to było fajne…

To mnie radowało. A przede wszystkim uśmiechałam się patrząc na kalendarz i odliczając już nie tygodnie, a dni do końca terapii… Odliczanie pomagało… Bo… Już nie mogłam patrzeć na siebie w lustrze: wychudzona, prawie łysa (kosmyki kruszącego się siana na głowie), na twarzy skóra jak noga słonia (pomarszczona, łuszcząca się). A żadne mazidła, odżywki zalecane przez panią dermatolog nie skutkowały pozytywnie … A nawet, jeśli chodzi o skórę twarzy, powodowały nasilanie się objawów. Wyglądało TO paskudnie, a ja z TYM jeszcze gorzej… To nie wpływało pozytywnie na moje samopoczucie. Jedyny wniosek, jaki mogłam wysnuć: nic nie stosować i czekać cierpliwie na zakończenie tej walki… „Potem miało być lepiej”… Chociaż z tą cierpliwością było różnie. Chyba na to też wpływał „interek”, który coraz bardziej działał mi na nerwy… Mimo, że starałam się myśleć rozsądnie, to jednak miałam obawy czy tak mocno zniszczona skóra powróci do normy… O jedno się nie musiałam się martwić: o wagę. Apetyt mi powoli systematycznie wracał…

No i … Pomimo tych wszystkich „atrakcji” czułam się jednak coraz lepiej. „Zajzajerek” już mi nie dokuczał. Ponadto coraz częściej nad „interkiem” i „rybką” zaczynała dominować tajna broń wzmacniająca mnie w sposób wprost niezwykły. To moi wszyscy trzej wnukowie byli tą „tajną bronią” w walce z sublokatorem HaCeVałkiem.

I tak mijały dni. Wydawało się, że są coraz krótsze, choć tak naprawdę w przyrodzie działo się odwrotnie: dni wydłużały się. Pojawiało się więcej słońca. Szybkimi krokami zbliżał się koniec zimy… Raptem uświadomiłam sobie, że przede mną do oczekiwanego momentu „ostatniej tabletki” są zaledwie tylko cztery tygodnie! A za mną było ich czterdzieści i cztery! Jak ten wynik „matematyki terapii” wyglądał ładnie… BARDZO ŁADNIE… CUDOWNIE!!! To miały być jeszcze TYLKO CZTERY TYGODNIE!!!
Trwa ładowanie komentarzy...