Walka z „moim WZW C” kończy się (czyli 45-48 tydzień).

Wreszcie rozpoczęłam czterdziesty piąty tydzień terapii. Zima szybko dobiegała końca… Przede mną do ostatniej porcji „kosmicznego jedzonka” były tylko cztery tygodnie… Wyglądało to bardzo sympatycznie.

W „zakaźniku” zrobiłam rutynowe badania. Odbyłam comiesięczną rozmowę z panią doktor, w czasie której tym razem dowiedziałam się o tym co mnie czeka po zakończeniu leczenia (kiedy i jakie badania…). I wróciłam do domu. „Interek” i „rybka” mieli się udać wkrótce do „demobilu”. Ten ostatni miesiąc upływał mi bardzo szybko.

W domu nastąpiły różne wydarzenia… W tymsytuacja, w której trzeba było rozplanować strategicznie opiekę nad najmłodszym wnukiem. Wcześniejsze precyzyjne plany spaliły na panewce i … A od czego są babcie?!… Dzieci obawiały się, czy sobie dam radę, bo przecież nastąpi to akurat w okresie „demilitaryzacji”. Przecież trudno było przewidzieć jakie „atrakcje” w tym czasie zafundują mi moi byli „sprzymierzeńcy”. Pamiętały co było przed laty… Ale ja chciałam spróbować… Uważałam, byłam przekonana, że tym razem będzie zupełnie inaczej. Teraz będzie dobrze! A gdyby jednak … zawsze można było przecież dokonać jakiejś zmiany. A poza tym przecież to właśnie była MOJA „TAJNA BROŃ”… Ta była wprawdzie najmniejsza, ale… taką przecież jest najłatwiej „przemycić”… A co?! Niech się boi HaCeVałek! Ja się nie dam! Nie wróci do mnie! O NIE!!!!

Raptem uświadomiłam sobie, że właśnie zrobiłam sobie OSTATNI ZASTRZYK! Przede mną był tylko tydzień, sześć dni, pięć…

I buuum …! No, takiego mocnego i „efektownego” zakończenia leczenia nikt się nie spodziewał. Zadzwonił telefon budząc mnie z pierwszego, mocnego snu. Zerwałam się gwałtownie, żeby podnieść słuchawkę. Zbyt gwałtownie… Straciłam równowagę, upadłam i zobaczyłam „wszystkie gwiazdy Wszechświata”… Rozbiłam sobie łuk brwiowy. Myślałam, że to tylko będzie guz. Ale… Spojrzenie w lustro w czasie przykładania zimnego okładu uświadomiło mi, że bez szycia to jednak się nie obejdzie. Szybko zadziałałam żeby zapewnić opiekę mojej chorej. Potem zadzwoniłam do syna (mąż był w delegacji), żeby po mnie przyjechał i zawiózł na SOR. Potoczyło się błyskawicznie. Miałam ogromne szczęście. Od momentu uderzenia do znalezienia się na stole zabiegowym upłynęło zaledwie pięćdziesiąt minut. Nastąpiły pytania: „co się stało?”, dlaczego moja skóra „tak wygląda”, itp. Krótko wyjaśniłam „co i jak”... Lekarz, który miał mnie zszywać miał dziwnie niepewną minę. „Jak ja ten pergamin zeszyję?” Jak to się zrośnie?” To chyba mówił do siebie… A potem do mnie: „Muszę panią przygotować… Może mieć pani dużą bliznę, bo to się będzie źle goić…”
Pomyślałam, a dlaczego ma być tak źle? Przecież szybko udzielono mi pomocy. Szwy założono dość gęsto. Wszystko powinno być dobrze...

Weszłam w nowy rytm codziennych obowiązków. Cieszyło mnie to bardzo. Spoglądałam na kalendarz: jeszcze trzy dni, dwa… i.. Uświadomiłam sobie, że właśnie wzięłam „OSTATNIĄ TABLETKĘ”!!!! Pojechałam do „zakaźnika” na badania „w dniu zakończenia terapii”. Miałam też mieć oznaczony poziom wiremii. Mojej pani doktor nie było. Przyjęła mnie ta sama lekarka, które przed laty przekazała mi informację o powrocie wirusa. Potraktowałam to przewrotnie jako dobrą wróżbę: teraz będzie inaczej…
Wyznaczono mi termin badań za miesiąc. Niezbędne było dodatkowe skontrolowanie morfologii i sprawdzenie, czy wszystko wraca w dobrym tempie do normy. Miało być wtedy też zrobione badanie USG. A także za miesiąc miałam się dowiedzieć o wyniku wiremii…

Wychodząc ze szpitala pomyślałam sobie: Czy tym razem zawarty będzie „pakt o nieagresji” z moim dawnym sublokatorem HaCeVałkiem? Ale to było tylko „takie sobie głupie myślenie”.. Pytanie było retoryczne. Czułam się przecież coraz lepiej. A na tym etapie pozostawało tylko cierpliwie czekać… na … dobry wynik.

Któregoś dnia mąż do mnie powiedział: „Szybko powinnaś wrócić do normy. Twoja regeneracja po zakończeniu leczenia będzie w okresie wiosennym”. A wiosna nadchodziła szybkimi krokami…
Trwa ładowanie komentarzy...