O autorze
lat x>50 - z zawodu pedagog, matka dwójki dzieci i babcia trojki wnucząt. Uwielbiam pracę w ogrodzie, czytać książki. O tym, że choruję na WZW C dowiedziałam się 11 lat temu. W tym czasie przeszłam terapię dwulekową. Na niniejszym blogu dzielę się swoimi spostrzeżeniami dot. choroby WZW C oraz terapii trójlekowej.

Moje WZW C: Po zakończeniu terapii trójskładnikowej…Pierwszy miesiąc po…

„Detoks” w porównaniu z poprzednią terapią był zupełnie łagodny… Coś tam dokuczało, ale komu nic nie dokucza… Zresztą nie zastanawiałam się nad tym. Nie miałam czasu o tym myśleć. Każdy dzień był coraz lepszy… Przyroda się budziła do życia, a ja wraz z nią…

Po odstawieniu „interka” i „rybki” włosy przestały mi wypadać prawie z dnia na dzień… Fryzjerka przycięła mi „popalone piórka” i zrobiła mi fajną krótką fryzurkę żeby „włosięta” spokojnie mogły się wzmacniać i odrastać w jakim takim kształcie… Odżywka polecona przez panią doktor wreszcie zaczęła działać. Trochę gorzej było ze skórą. Regenerowała się wolniej. Jednakże wbrew obawom lekarza z SOR-u, rozwalony łuk brwiowy zrósł mi się prześlicznie (dzięki panie doktorze za ogromne staranie!). Wprawdzie gojenie trwało dłużej niż „przewidują procedury”, ale blizna jest prawie niewidoczna! To dla każdego, a zwłaszcza dla baby jest bardzo ważne…



Po miesiącu zrobiłam wymagane badania krwi. Na pewno były lepsze od poprzednich, bo żadnego „alarmującego” telefonu ze szpitala nie było. Najważniejszą informacją był wynik wiremii: PO 48 TYGODNIACH „wyniszczającej walki” WIRUSA NIE WYKRYTO!!! CUDNIE!!! Pani doktor powiedziała, że jeśli w badaniach po trzech miesiącach od zakończenia leczenia nadal nie będzie wirusa, to ma on już tylko 5% szansy na powrót, a ja 95% nadziei na wyleczenie!

Wiosna w tym roku przyszła wcześniej. Za oknem robiło się coraz bardziej zielono… Zieleń, to barwa nadziei.
Trwa ładowanie komentarzy...