Moje WZW C: Po zakończeniu terapii trójskładnikowej…Trzeci miesiąc po…

Wiosna była w pełni. Zieleń liści wręcz wybuchła za oknami. Codziennie budziły mnie wesołe śpiewy ptaków… Każdy kolejny dzień był coraz lepszy… DUŻO LEPSZY od poprzedniego…

W „kapowniczku” pojawiły się notatki: „Włosy mi odrastają bardzo delikatne (jak u niemowlaka) i … każdy w inną stronę. Jeśli fryzjerka będzie w stanie coś z tym zrobić, zasłuży na nagrodę Nobla… A ja za miesiąc muszę wyglądać ekstra i już… Nie chcę znów widzieć spojrzeń pełnych troski…”

„Z każdym dniem zbliżam się do kolejnych badań… a potem będę czekać na wyniki… Znów… Ale tym razem to „czekanie” jest dla mnie tylko upływem czasu, bo tak naprawdę to już nie myślę o tym…”

„Detoks? Jaki detoks?! Coś tam dolega mi wprawdzie, ale to chyba dobry objaw… Kiedyś usłyszałam takie zdanie, że jeśli w pewnym wieku ktoś się budzi i nic go nie boli, to znaczy, że nie żyje… A ja ŻYJĘ I MAM SIĘ CORAZ LEPIEJ!!!!!”

To prawda. Żyję zupełnie normalnie… Chwila goni chwilę… Przygotowania do ważnej uroczystości rodzinnej zajmują mi głowę… Moja „TAJNA BROŃ” cały czas mnie chroni: najmniejsza przyjeżdża codziennie, dwie „większego kalibru” najczęściej jak mogą. Mam skuteczną ochronę przed powrotem HaCeVałka. On nie ma prawa wstępu do mnie! „Wszystkie miejsca są zajęte”!!!

Warto było przejść przez „to wszystko” w ostatnim roku. Moi „sprzymierzeńcy”: „zajzajerek” (inhibitor proteazy), „interek” (interferon pegylowany) i „rybka” (rybawiryna) zrobili dobrą robotę! Są także „niemedyczne skutki uboczne” tej terapii: sprawdziły się po raz kolejny przyjaźnie, jeszcze bardziej wzmocniły się więzy rodzinne. Jest OK! I tak ma być! Z radością patrzę w przyszłość.

Jeszcze przede mną są badania poziomu wiremii rozpoczynające kolejny miesiąc od zakończenia leczenia.

Zaraz po nich planujemy kilka uroczystości rodzinnych…

A co potem? Potem jedziemy na wakacje w „magiczne miejsce”, czyli na naszą działkę wraz z moimi ukochanymi wnukami i TYM RAZEM JUŻ MAM SIŁY na „brykanie” z nimi… Zapewne w tzw. „międzyczasie” dowiem się o wynik badania „w trzy miesiące po…”.
Moja zielona działka będzie czynić swoje „czary mary”… A ja będę już w tym roku na niej aktywnie działała „co trzeba i nie trzeba” (jak to baba)…

A po wakacjach? Po wakacjach czeka mnie to najważniejsze badanie: „po sześciu miesiącach od zakończenia leczenia”... I kolejne czekanie… na ostatni – ten najważniejszy – wynik.

Nie myślę teraz o tym… A przynajmniej bardzo silnie staram się nie myśleć. A w zasadzie… to nie mam czasu myśleć… I tak co ma być to będzie… a MUSI BYĆ DOBRZE! Po prostu musi tak być! I będzie! W taki właśnie wynik WIERZĘ mocno.
Trwa ładowanie komentarzy...