Moje WZW C: OSTATNIA ODLICZANKA … Czwarty miesiąc po zakończeniu terapii trójskładnikowej…

Od zakończenia leczenia żyłam zupełnie normalnie: postawa zasadnicza połączona z obronną: „Wstęp dla HaCeVałka wzbroniony!!!”.

Rozpoczynając kolejny – czwarty - miesiąc od zakończenia leczenia pojechałam do „zakaźnika” zrobić badania kontrolne. Wśród nich miały być też te WAŻNE: OZNACZENIE POZIOMU WIREMII. Wyniki miały być po dwóch – trzech tygodniach.

Przy okazji pani doktor zwróciła mi uwagę, żebym nie odstawiała wszystkich zalecanych w czasie leczenia „pastylek osłonowych” (witaminy, mikroelementy itp.), tylko brała je nadal. Faktem było, że połykając trzy miesiące wcześniej ostatnią pastylkę związaną z terapią myślałam również o jak najszybszym zakończeniu brania pozostałych składników „kosmicznego jedzonka”. Jak „dojechałam” do końca opakowań wszystkich składników „osłonki”, to przestałam je brać. Nie było to dobre. Okazało się, że chcąc nie chcąc pozbawiłam siebie tej „tarczy ochronnej”. Powinnam wykupić kolejne opakowania i dalej brać leki do czasu, aż lekarka mi powie: „dość”. Po tym zaleceniu tak zrobiłam, chociaż czułam, że mam już dość wszelkich „pastylek”…

Poza tym dalej żyłam „normalnie”…

Codzienne obowiązki i przygotowywania do uroczystości rodzinnych zajmowały myśli i czas.
Zbliżał się szybkimi krokami wyjazd na działkę… Dobre, bardzo miłe dni…

Po wyznaczonym czasie oczekiwania zgłosiłam się po wyniki badań. Pani doktor nie wystawiała mojej cierpliwości na próbę. Od razu po wejściu do gabinetu dowiedziałam się, że jest OK. Wynik poziomu wiremii był cudowny! PO TRZECH MIESIĄCACH OD ZAKOŃCZENIA LECZENIA NADAL WIRUSA NIE BYŁO!

Teraz już - wg lekarki - było tylko pięć procent ryzyka, że może nastąpić powrót HaCeVałka. I aż 95% szansy na wyzdrowienie! Wierzyłam mocno, że to nastąpi. Czułam się przecież coraz lepiej! Potwierdzały to również poprawiające się wyniki morfologii. Czułam, że mam coraz bliżej do METY tego „wyścigu o zdrowie”…Już ją w zasadzie widziałam… Była coraz bliżej… A mnie się tak dobrze do niej biegło…

I… nastąpiło buum…

Była to nagła, poważna choroba mojej podopiecznej (zagrożenie pobytem w szpitalu). Trudności związane z jej leczeniem i związane z tym problemy organizacyjne wywołały nerwowe sytuacje, strach o podopieczną. Z tego wynikła konieczność opóźnienia wyjazdu wyczekiwanego przez wszystkich z utęsknieniem … Nerwy, nerwy, nerwy… Czułam, że mam dość wszelkich chorób, lekarzy, obliczania i podawania lekarstw… Dość tego wszystkiego!
Był to mój pierwszy kryzys… Pierwsze buum na dochodzeniu do mety… Zareagowałam dziwnie… Do tej pory w takich sytuacjach „brałam byka za rogi” i działałam… Nawet w czasie terapii. A tym razem… Tym razem miałam wrażenie, że zaczynam „wysiadać”… Chyba doświadczyłam za dużo emocji negatywnych… „Siadłam” potykając się o typową przeszkodę, jaką był poważniejszy problem zdrowotny starszej i tak już schorowanej osoby.

Ale podniosłam się. „Biegłam” dalej…Udało się… Moja podopieczna wreszcie uzyskała zgodę lekarza na wyjazd (wprawdzie pod określonymi warunkami, ale dobre i to było) i z baterią lekarstw całą gromadą wyjechaliśmy… Znów wierzyłam, że będzie coraz lepiej bo … mój ogród czynił jak zawsze swoje czary-mary….

A przede mną były jeszcze tylko dwa miesiące…
Trwa ładowanie komentarzy...