O autorze
lat x>50 - z zawodu pedagog, matka dwójki dzieci i babcia trojki wnucząt. Uwielbiam pracę w ogrodzie, czytać książki. O tym, że choruję na WZW C dowiedziałam się 11 lat temu. W tym czasie przeszłam terapię dwulekową. Na niniejszym blogu dzielę się swoimi spostrzeżeniami dot. choroby WZW C oraz terapii trójlekowej.

Moje WZW C: OSTATNIA ODLICZANKA – c.d.

Piąty miesiąc po zakończeniu terapii trójskładnikowej… Nasza działka znów „czarowała”. Wnuki – moja „tajna broń” - wesoło brykały korzystając ze swobody wakacyjnej i dużej zielonej przestrzeni. Moja podopieczna powoli wracała do zdrowia… A ja oddychałam wreszcie cudownym, świeżym powietrzem…

I w wolnych chwilach zajmowałam się pracą w ogrodzie. Pogoda dopisywała… To wszystko dawało mi duże wytchnienie po doznanych w ostatnim czasie emocjach. Czułam, jak moje „akumulatory” szybko się ładują pozytywną energią. Było coraz lepiej… Miałam siły.
Moja „codzienność” była pełna śmiechu dzieci, wesołych zdarzeń, kolorowa i pachnąca kwiatami… Dostarczała wielu radości…
Przez kolejne prawie trzy tygodnie znów sprawnie biegłam do mety w swoim „maratonie po zdrowie”.
Do czasu…
Znów „potknęłam się” o przeszkodę losową… i nastąpiło drugie buum…
Moje „najstarsze dziecko”- czyli moja podopieczna - złapała jakąś chorobę wirusową… Cierpiała… miała wysoką gorączkę i inne przykre dolegliwości… Znów niezbędne było leczenie. Tym razem jednak połączone było z systematycznymi telefonicznymi konsultacjami lekarskimi. Obie z lekarką rodzinną robiłyśmy wszystko co w naszej mocy, aby nie zaszła konieczność trudnego przewozu starszej osoby ponownie do domu (i po jej wyzdrowieniu kolejnego transportu na działkę).
Niezbędne było też odizolowanie dzieci, aby nie „podłapały” bakcyla od prababci. Udało się. Na szczęście nie zachorowały. I to było moją ogromną radością…
Przede mną był jeszcze tylko miesiąc… To tak bardzo blisko do METY…

Szósty miesiąc po zakończeniu terapii trójskładnikowej…

Niestety, powrót do zdrowia mojej podopiecznej był trudny. Pozornie wszystko wróciło do normy. Jednakże nastąpiło u niej załamanie sił i znaczne pogorszenie sprawności fizycznej – przestała chodzić (zwyczajowo się mówi, że „położyła się”)… W konsekwencji zmuszona byłam kilkukrotnie w ciągu dnia do podnoszenia, przenoszenia, przesadzania jej…
Przez głowę zaczęły mi przelatywać myśli: Jak ja dam radę? - nie mam już siły…
Jak to nie mam siły?! Teraz już mam siłę!
Zmartwienie wywołane stanem mojej chorej, wysiłek fizyczny dawały się mi we znaki… Mówiąc popularnie zaczęłam „siadać”… I to było moje drugie buuum…
Jednak kontakt z naturą i codzienne „śmieszki” z wnukami dodawały sił. Znów nabrałam energii.
Dzieci wyjechały z rodzicami na wakacje… To miał być mój „okres luzu”… Przyjechała moja siostrzenica. Miało być spokojnie i radośnie…. Miało być…
Zamiast dodatkowego relaksu dostałam dwa „mocne uderzenia”:
– nagły, poważny problem zdrowotny mojej podopiecznej i konieczność wezwania pogotowia do niej.
– kradzież samochodu spod okna domu na działce (do dziś zastanawiam się, jak się to udało złodziejom tak absolutnie bez żadnego hałasu. Przecież ze względu na naszą chorą spałam bardzo czujnie).
To wywołało u mnie stres i ogromny kryzys…. To było trzecie buuum.
Wydawało mi się, że nie dam rady, „padnę”… Nie dobiegnę…
Nie, do licha, nie! Nie dam się! Muszę dobiec do mety…
Musiałam dać radę w codzienności i chciałam dobiec do mety… Zwyciężyć!...
Myślałam sobie: jeśli dałam radę w tych trudnych sytuacjach… Jeśli mam siłę do dźwigania mojej podopiecznej… Jeśli idzie mi to coraz sprawniej… to MUSZĘ BYĆ ZDROWA, no bo przecież w innym wypadku nie dałabym rady… Takie myślenie pozwoliło mi przełamać ten trzeci kryzys… i… biegłam dalej…
Do tego okazało się, że sytuacja, która nas zmusiła do wezwania pogotowia, w konsekwencji wywołała u mojej podopiecznej jakiś uzdrawiający impuls… Nastąpił (jak później żartowałyśmy z naszą rodzinną lekarką) jakiś „reset” organizmu i odczuliśmy wyraźną poprawę w kontakcie słownym, lekką poprawę w jej siłach fizycznych. To był pewien sukces: kilka kroków podopiecznej, z pomocą kuzynki i mnie, ale zawsze! To już była odczuwalna poprawa… Łatwiej było „dźwigać”, kiedy chora reagowała (a nie było to dość ciężkie ciało lejące się przez ręce). MIAŁAM SIŁY PRACOWAĆ…
I myśli … Jeśli daję radę z „tym wszystkim”, to muszę być zdrowa!
Przecież byłam coraz bliżej…
Wróciliśmy z wakacji…
Po wakacjach czekało na mnie to najważniejsze badanie: „po sześciu miesiącach od zakończenia leczenia”...
Jeszcze tylko trzy dni, dwa, jeden… Już…
Trwa ładowanie komentarzy...