Moje WZW C: OSTATNIA PROSTA - po pół roku od zakończenia terapii trójskładnikowej…

Już! Na początku siódmego miesiąca od zakończenia leczenia jechałam do „zakaźnika” na „badania po pół roku”.

Jechałam i starałam się myśleć logiczne i racjonalnie: „Jest OK. Trzymam się. „Przeżyłam” różne trudne wydarzenia w ciągu ostatnich trzech miesięcy. Jeśli one mnie nie osłabiły, a przeciwnie – dałam radę, to znaczy, że „sublokator HaCeVałek” nie włamał się i nie wrócił.” Tak bardzo chciałam, żeby było dobrze!
Uświadomiłam sobie, że w rzeczywistości „METĄ” dla mnie nie będzie wykonanie ostatnich badań, tylko otrzymanie ich WYNIKU. A oczekiwanie na niego mogłam nazwać „ostatnią prostą” w tym moim „maratonie po zdrowie”…
I znowu było czekanie… Tym razem na ostatni – ten najważniejszy – wynik.
Starałam się nie myśleć o wynikach badań, a zwłaszcza o tym najważniejszym… A przynajmniej bardzo usilnie starałam się nie myśleć.
A jednak „coś tam przelatywało mi czasem przez głowę”: Czy zwyciężę?... Czy te wszystkie trudne sytuacje nie odbiją się na moim zdrowiu?... Czułam, że moje okopy przed HCV są mocno skruszałe, zaczynałam się sypać…
Czułam się zmęczona… bardzo zmęczona… Chciałam przespać czas dzielący mnie od mety… Chciałam, aby nikt ode mnie „nic” nie chciał…
Może za długo trwało napięcie?…
Przy ubytku sił, w stanach zmęczenia, znużenia codziennymi obowiązkami dokuczały też bóle głowy. Aż wreszcie trafił się moment, kiedy wzięły górę przykre doświadczenia z poprzedniej terapii – „A co jeśli jednak HaCeVałek wrócił?!” …
Ta beznadziejnie głupia, destrukcyjna myśl postawiła mnie do pionu: O NIE! NIE DAM SIĘ! Jeżeli tak się niefortunnie zdarzy, to nie poddam się tak łatwo… Tak jak poprzednio podejmę decyzję, że ponownie BĘDĘ WALCZYĆ… Nabiorę sił i znów podejmę wojnę z sublokatorem…
E tam, w zasadzie to nie miałam czasu myśleć… I tak co ma być to będzie… a przecież MUSI BYĆ DOBRZE! Po prostu musi tak być! I będzie! W taki właśnie wynik starałam się wierzyć… WIERZYŁAM mocno. Starałam się myśleć tylko pozytywnie: jeśli wynik będzie dobry, to potem już tylko będą kontrolne badania co kilka miesięcy… A potem ostateczne po dwóch latach. A wtedy „zakaźnicy” przestaną mnie "nękać" całkowicie… Marzyłam o tym.
I … czekałam…
Tylko dwa tygodnie, tydzień, jeden dzień i…
META!!! … RADOŚĆ!!!
Dobiegłam, zwyciężyłam:
NIE MA!!!! NIE MA WIRUSA!!! NIE WRÓCIŁ! NIE MA GO! NIE MA!!!!

Dyskretnie się szczypałam, czy mi się to nie śni…
Nie śniło mi się! Miałam przed sobą wreszcie wyniki „czarno na białym”… „na piśmie”!: od badań po trzech miesiącach leczenia w ani jednym kolejnym kontrolnym nie pojawił się wirus… W ostatnim też! Zatem to była prawda… TO Z PEWNOŚCIĄ JEST PRAWDA!
Przez głowę przebiegła ostatnia „odliczanka”:
- po dwudziestu pięciu latach od zakażenia
- po dwunastu latach od strasznej informacji o zakażeniu
- po pierwszej – nieudanej terapii
- po kolejnych kilku latach czekania na następne leczenie
- po drugiej – trójskładnikowej – terapii i…
- po pół roku od połknięcia ostatniej pastylki z lekiem
Wiem, że nie mam HaCeVałka…
DOSTAŁAM NOWE ŻYCIE!!!!!
I TO JEST PIĘKNE!!!
Trwa ładowanie komentarzy...