Moje WZW C: ZA METĄ…

Przekroczyłam linię mety ze świadomością zwycięstwa. Drugie leczenie HCV - terapia trójskładnikowa - dało mi szansę. A dobry los pozwolił mi ją wykorzystać w pełni. A tuż za metą…

Uświadomiłam sobie w pełni, że walka jest zakończona, że nie muszę już być cały czas „na baczność”, że mogę „wyluzować i „żyć normalnie”… I … tuż za metą „padłam”… Dlaczego? Może mobilizacja ostatnich miesięcy była dla mnie ogromnym wysiłkiem?… Może… A może był to tylko wynik przeciążenia wynikającego ze szczególnej opieki nad moją chorą w ostatnim czasie?…Może…
Od ponad pół roku żyłam normalnie w coraz większym biegu… Jak kiedyś… I to właśnie było cudowne!
W ostatnich badaniach wszystkie pozostałe wyniki były dobre, transaminazy – też ok (prawie idealne…). Dlaczego miało być coś „nie fajnie”? Najważniejsze przecież, że NIE MA HaCeVałka!
A tu „wypuściłam parę” i „przewróciłam się” tuż za metą… Dlaczego?
Po upadku za metą powoli podnosiłam się… i znów upadałam… Miałam wrażenie, że czołgam się, a nie wstaję…
Miało być tak pięknie… A ja – paradoksalnie – znów nie mogłam żyć „pełną parą”… Zaczęłam łapać każdą infekcję od wnuków, od pozostałych członków rodziny, od każdego kogo spotykałam… Oni po dwóch – trzech dniach „postawieni do pionu”, a ja? A ja leżałam położona na łopatki…
Repertuar działań mojego organizmu za metą był szeroki: giga opryszka na ustach, wyjątkowe silne odczuwanie bólu, drażliwość na dźwięki… emocje też „jakby bardziej” silniejsze… No i te nawracające infekcje (oskrzeli, płuc). Do tej listy doszły zawroty głowy i coś w niej mi „bzyczało”. W pierwszej chwili pomyślałam: „Do licha co to takiego? Może to opóźniona reakcja na rozbitą pół roku temu głowę?”. Potem już „uporządkowałam” emocje i myślałam bardziej racjonalnie: „Może to tylko brak jakiś witamin, mikroelementów? A może to tylko reakcja „przemęczeniowa”?” Niepokój jednak był, bo nękające mnie objawy nie znikały mimo upływających tygodni, miesięcy... „Co się ze mną dzieje? A może to wszystko to tylko objawy spóźnionego detoksu?”… Faktem było, że moja odporność była i jest wyraźnie obniżona… Pewnie kiedyś na wiele z tych dolegliwości nie zwróciłabym uwagi – teraz były bardzo dokuczliwe…
NIE!!!! „Dziadygę sublokatora” wypędziłam. Już mnie nie dręczy (a dopiekł mi mocno). Za to teraz jakieś inne wirusy będą usiłowały mój „pustostan” zasiedlić?! No nie! Trzymałam się przez cały czas walki, „byłam twarda baba”, a teraz byle co ma mnie powalić?
O nie! Ja mam już przeznaczenie dla tych pomieszczeń po HaCeVałku. Tam mogą jedynie zamieszkać Zdrowie i Radość. Tylko przydałby się zrobienie porządnego remontu…
Teraz przecież wszystko, bez względu na okoliczności, jest lepsze! Bo GO nie ma! Daje mi to poczucie swobody (mimo warunków rodzinnych, które jednak wymuszają pewne ograniczenia). Próbuję robić przemeblowanie po jego harcach, po tej wieloletniej walce.
Łapię każdą chwilę „dla siebie”. Idzie mi to wprawdzie jak po grudzie… Ta dobra zmiana następuje powoli, zbyt wolno jak na moje oczekiwania…
Oj fakt!- przydałby się mi porządny remont nie utrudniany przez codzienność… Ale przecież znam wiele przypadków generalnych remontów kamienic bez wyprowadzania lokatorów. Bardzo udanych remontów… Zatem pójdę tą drogą… To, co mogę wyremontuję teraz, a resztę na wiosnę, kolejne w lecie wspomagana przez czary mojej działki… Będzie dobrze!
Szukam tego, co już jest lepiej: Już nie wlokę się, tylko chodzę, a nawet biegam…
Jestem znacznie lepsza w „dźwiganiu ciężarów” (moja podopieczna sporo waży…) i wzmacniam sukcesywnie ogólną kondycję, bo już nie „padam” po podniesieniu mojej podopiecznej…
A jeszcze przede mną wycieczki rowerowe… Wprawdzie na razie tylko marzę o nich, ale dlaczego te marzenia mają się kiedyś nie spełnić? Może powoli, ale z pewnością dojdę niedługo do normy. Przecież DOSTAŁAM NOWE ŻYCIE! I tylko to się liczy! tego daru nie mogę zmarnować…
I znów zaczynam odliczać…
Ta „odliczanka” jest już radosna:
- Jeszcze tylko dwa tygodnie i zacznie przybywać dnia…
- Jeszcze tylko trzy miesiące i zacznie być cieplej…
- Jeszcze tylko pół roku i znów pojadę na działkę i będę intensywnie ładować akumulatorki…



I tylko co jakiś czas się szczypię, żeby upewnić się, że mi się to nie śni, że tak jest naprawdę:
NIE MAM HaCEVałka!!!

I to jest cudowne!!!
Trwa ładowanie komentarzy...