P.S. Moje refleksje po walce z sublokatorem i po ostatnim biegu…

W czasie terapii toczymy walkę. A ona, jak każda, wyniszcza nas. Zatem poza walką musimy żyć w takiej aktywności, na jaką nasz organizm pozwala. Nie należy robić nic ponad siły. W innym przypadku osłabiamy siły do walki z chorobą, która jest naszym celem nadrzędnym.

Aby organizm sprawniej walczył, ważnym jest dostarczanie mu w tym czasie szczególnie dużo tlenu. Zatem, w zależności od naszych możliwości i sił, powinniśmy chodzić na spacery, jeździć na wycieczki „na łono przyrody”, albo po prostu jak najwięcej siedzieć na powietrzu. Istotne jest, aby w czasie „dotleniania się” nie przebywać na słońcu. Konsekwencje nawet lekkich a niespodziewanych „muśnięć” promieni słonecznych mogą być dla naszej skóry bardzo przykre (to niepożądany efekt zażywanych leków). Słońca lepiej również unikać jeszcze przez około pół roku po zakończeniu leczenia.
W miarę możliwości musimy koniecznie korzystać z różnych przyjemności. Tego „czegoś”, co daje nam radość, wytchnienie i oderwanie od „brutalności” prowadzonej walki o zdrowie. Każda, nawet najdrobniejsza, przyjemność dostarcza pozytywnej energii dla zmęczonego organizmu.
Po terapii (bez względu na jej wynik!) absolutnie nie powinniśmy wracać od razu, tak „na hurra” do „normalności”. Należy to robić stopniowo. Dawniej istniało realizowane w praktyce pojęcie rekonwalescencji. Był to czas na regenerację organizmu po chorobie i jej leczeniu. Często ten okres bywał dłuższy niż sama choroba (w zależności od „wagi” leczonej dolegliwości). Dziś się niewiele o tym mówi. Czas biegnie szybko, obowiązki nas wzywają. A zbyt szybkie „zachłyśniecie się swobodą” po przebytej chorobie (leczeniu jej) może skutkować ponownym osłabieniem organizmu. A, że na „pochyłe drzewo kozy skaczą”, to może się zdarzyć, że w tym stanie osłabienia dopadną nas dodatkowe choroby, których przecież wcale nie chcemy doświadczać. Zwłaszcza, że „dopiero co” zakończyliśmy trudną walkę z podstępnym wrogiem. Czyli w codzienność trzeba wchodzić powoli i nadal jeszcze dużo odpoczywać, relaksować się…
W czasie rekonwalescencji dodatkowo wzmacniamy nasze nadwątlone walką siły odpowiednią dietą. Musi ona zawierać w sobie dużo witamin i mikroelementów. Potrawy przygotowujemy z poszanowaniem stanu wątroby. Umożliwi to „naszym wnętrzom” na stopniowe, a w konsekwencji pełne uporządkowanie…
I jeszcze jedno jest bardzo istotne. W okresie po leczeniu powinno się unikać wszelkich możliwych źródeł infekcji (w miarę możliwości oczywiście). Jest to zwłaszcza ważne w czasie po pół roku od zakończenia leczenia, kiedy nie działa już dobrodziejstwo „osłonowe” terapii antywirusowej. Jeśli do tej zasady się nie zastosujemy, musimy być przygotowani na falę „polegiwania chorobowego”. Zwłaszcza, że infekcje lekko „przechodzone” przez innych, dla nas mogą być groźniejsze i bardziej dotkliwe. A jeżeli nie jesteśmy w stanie uniknąć „kichającego sąsiedztwa”, to może powinniśmy wprowadzić nową modę i – wzorem Japończyków – nosić maseczkę na twarzy.
Podejmując jakąkolwiek walkę z chorobą należy pamiętać o „Złotej Zasadzie”:
„w czasie terapii skupiajmy się głównie na niej, a po jej zakończeniu koniecznie zażywajmy, jak nasi przodkowie, odbudowującej nasz organizm rekonwalescencji”.
A po tym czasie? A potem:
- Jeśli nam się nie udało i mamy tylko „zawieszenie broni” w chorobie, to będziemy mieć świadomość, że uzyskaliśmy siły do ponownej walki, w której z pewnością zwyciężymy!
- A jeśli się nam udało i dostaliśmy drugie życie – możemy się nim cieszyć w pełni!!!!!
I to by było na tyle.

Nie, nie. Niezbędne jest jeszcze jedno PS.

PS.2
Dziękuję bardzo wszystkim obecnym „ciałem i myślami” przy mnie w tym trudnym czasie. Moim bliskim: mężowi, dzieciom, wnukom i moim przyjaciołom żyjącym i (niestety już) nieżyjącym. Dziękuję lekarzom i pielęgniarkom: tym z „zakaźnika” i tym z „mojej” przychodni. Bez nich wszystkich nie dałabym rady w walce z HaCeVałkiem.
Grażyna
Trwa ładowanie komentarzy...