O autorze
lat x>50 - z zawodu pedagog, matka dwójki dzieci i babcia trojki wnucząt. Uwielbiam pracę w ogrodzie, czytać książki. O tym, że choruję na WZW C dowiedziałam się 11 lat temu. W tym czasie przeszłam terapię dwulekową. Na niniejszym blogu dzielę się swoimi spostrzeżeniami dot. choroby WZW C oraz terapii trójlekowej.

Moje WZW C: czwarty miesiąc terapii (tj. 13-16 tydzień).

Moja zielona działka jak zwykle czyniła swoje „czary mary”. (Te „czary” doceniała Eska, która od kilku lat zaglądała do naszej „posiadłości” „naładować swoje akumulatorki”.)

Po pierwsze – czekała na mnie NIESPODZIANKA!!!!!. Mój mąż przeprowadził remont w domku i … miałam do dyspozycji sanitarny pałac! Nie ma w tym żadnej przesady: kibelek, łazieneczka z prysznicem, piękne kafelki i … bieżąca zimna i ciepła woda!!!!!!! Koniec z noszeniem wiader! Komfort XXI wieku! Poznałam przyczynę większej niż zwykle liczby wyjazdów męża. Niespodzianka ta była piękniejsza od wszystkich prezentów świata!!!

Było dobrze. Moje oko wyglądało już zupełnie normalnie (po wypadzie na wystawę Wuja miałam wylew w oku). Musiałam tylko pamiętać, żeby systematycznie stosować preparat nawilżający gałkę oczną. Miałam wrażenie, że czuję się lepiej. Odczuwałam tak jakby więcej energii. Tak jakby… Tylko musiałam bardzo uważać żeby się nie pochylić głowy, nawet jak kucałam… Tylko… Jeśli o tym zapomniałam, świat nie bardzo stabilnie wyglądał. Po prostu wirował i robił się bardziej szary…Mimo pięknej zieleni i kolorowych kwiatów dookoła. W głowie huczało coraz bardziej… Wszystko robiło wrażenie, jakby „interek” i „rybka” urządzali sobie dyskotekę z moim sublokatorkiem HaCeVałkiem a sekundował im w tych imprezkach „ten trzeci”… Myślałam jednak: a niech się tak bawią skoro to lubią…

W dniu ukończenia 12 tygodnia pojechałam do zakaźnika na bardzo ważne badania – oprócz tych wykonywanych co miesiąc, miałam mieć oznaczony poziom wiremii. Już dwa razy robiono mi to badanie w czasie nowej terapii: w pierwszym dniu, po miesiącu i teraz miał być ten trzeci raz. Od tego wyniku zależały moje dalsze losy. Jeśli by było „coś nie tak”… Ściślej, jeżeli to „imprezowanie” „moich sprzymierzeńców” okazałoby się nie dość wykończające dla mojego sublokatora, to dalsze leczenie byłoby przerwane… Miałam jednak nadzieję, że jeśli cierpliwie znosiłam te ich harce, to może mój niechciany sublokator padnie…


Tak szczerze mówiąc, to miałam już dość… Temperatury szalały do 39,5 stopnia… Było mi potwornie zimno. Spałam pod trzema grubymi kocami i (mimo upału) wcale nie było mi ciepło… Dreszcze miotały mną koszmarnie. Traciłam wagę (no, może akurat to nie było takie złe ;-)) ). Wykonywałam codzienne obowiązki jak na zwolnionym filmie… W tydzień po wizycie w zakaźniku było już ze mną mocno nieciekawie… Po prostu odpływałam… Świat już nie był szary… Momentami go nie widziałam… Trudno jest powiedzieć co powodowało mój stan, te moje „zawirowania”. Prawdopodobnie wojna „interka”, „rybki” i „tego trzeciego” z HaCeVałkiem i wynikające z niej wszystkie „atrakcyjne” konsekwencje przytłumiły moją czujność i dość późno zareagowałam jak należy. W końcu zadzwoniłam troszkę spanikowana (ACHA… „TROSZKĘ”…) do mojej pani doktor. Kazała natychmiast się do niej zgłosić. Zrobiono mi niezbędne badania. Okazało się, że zaatakowała mnie bakteria, którą udało się uśpić tak wiele lat temu, że już o niej skutecznie zapomniałam. Teraz namnożyła się we mnie w ilości „masowej”. I co? Wtrąciła się w moją prywatną wojnę i zaczęła wspierać sublokatora… Przeciw mnie! Wstrętna, wścibska, „zaangażowana”… Jednak pani doktor - jak dobry strateg - wsparła moich „trzech sprzymierzeńców” czwartą bronią. Specjalnie nakierowaną na wredną bakterię. Dostałam antybiotyk. I tak do mojego kosmicznego jedzonka doszły kolejne pastylki… OCZYWIŚCIE brane w innych godzinach niż pozostałe. Och, jak dobrze mi służył „przypominacz” w telefonie. Bez niego pogubiłabym się całkowicie. Każda broń włączała się do walki o innej porze dnia. Najmilszy był „interek”. Walił z grubego kalibru tylko raz na tydzień.

Jednocześnie okazało się, że morfologia mi się dość mocno pogorszyła. Miałam anemię. Zmniejszono mi dawkę dzienną „rybki”… o jedną pastylkę…

Antybiotyk pomógł troszkę, ale nie całkowicie… Początkowo wysokość temperatur „znormalizowała się”, czyli oscylowała w granicach 37,5 - 38 stopni. To był lepszy czas. Troszkę poprawiły się moje siły. Próbowałam czytać dzieciom (co uwielbiam), choć nadal dokuczał mi kaszel. Próbowałam też „coś robić” w ogrodzie. Ha, „COŚ ROBIĆ”. To „coś” to miało być przycięcie suchych kwiatków… Teoretycznie wysiłek żaden… Ale dla mnie?! Nie byłam w stanie stanąć koło roślin, bo świat mi odpływał… Kolejna niespodzianka! Mąż przywiózł mi z targu cudny i bardzo praktyczny prezent: małe, leciutkie i składane wędkarskie krzesełko – mój prywatny, przenośny TRON. Dzięki niemu powolutku przenosiłam się pomiędzy kwiatkami i pielęgnowałam je - co bardzo lubię! Wprawdzie na raty, po troszeczku, powolutku i bez schylania głowy, ale „COŚ” ROBIŁAM…To mnie podbudowywało, że „moja prywatna wojna” nie jest aż tak dokuczliwa… Można było z nią wytrzymać… No, prawie… Dobrze, że w mojej „codzienności” miałam pomoc. Kuzynka, która mi pomagała przy mojej chorej, zdecydowała się dojeżdżać w tygodniu na kilka godzin dziennie. To dla mnie było bardzo dużo. Dawało momenty wytchnienia i regeneracji sił…

Potem walka znów się rozszalała… Rozgrzała się do temperatur w wysokości ponad 39 stopni… Nękały mnie dziwne „realne” sny… Po obudzeniu się nie wiedziałam, czy był „sen to czy jawa”… Jedzenie już nie miało żadnego smaku, tylko gorzki. Nawet woda była gorzka.

Co tam… Pod koniec miesiąca pojechałam po wyniki do mojej pani doktor. Wracałam uśmiechnięta od ucha do ucha: po dwunastu tygodniach NIE STWIERDZONO WIRUSA!!!
Trwa ładowanie komentarzy...