Wyniki badań rozpoczynające siedemnasty (już!) tydzień terapii poskutkowały ponownym włączeniem do walki „czwartej broni”. Tym razem antybiotyk miałam przyjmować dwa razy dłużej niż poprzednio. Ta walka też okupiona była „atrakcjami”… W dodatku niewiele ratowały mnie od dolegliwości środki rozkurczające, przeciwbólowe i przeciwgorączkowe. Zwłaszcza, że zaczynały działać najwcześniej po dwóch- trzech godzinach i na krótko… Mimo lekarstw, a może w wyniku toczącej się we mnie bitwy, przez cały czas temperatury wariowały dochodząc do wysokości ponad 40 stopni…
Źle spałam w nocy nie tylko z powodu beznadziejnych, męczących snów i innych „atrakcji” fundowanych mi przez „sprzymierzeńców”. Mimo potrzeby snu, w podświadomości byłam w stanie „czujności". Nastąpiło pogorszenie się stanu zdrowia mojej podopiecznej. Moja bardzo kochana chora wstawała i „wędrowała” po nocach (to typowe dla pewnego etapu demencji). Bałam się, że się przewróci i wyrządzi sobie krzywdę. Na szczęście było słychać, jak wstaje. Budziło mnie to. Biedna, na pewno nie chciała mi „dokuczać”. Przecież kiedyś tak bardzo się o mnie troszczyła… Czasami rozbudzał mnie fałszywy alarm - to gorączka „tupała” w moich uszach…
Niedospanie nie poprawiało mojej kondycji. Wprawdzie miałam ogromne oparcie w moich bliskich, a zwłaszcza w mężu, który „niańczył” mnie z ogromną troską, to jednak nie był miły czas…
Moi wnukowie byli bardzo zmartwieni tym, co się z ich babcią dzieje. Pytali dlaczego jestem chora i po co biorę tyle lekarstw (zwłaszcza dopytywał ten młodszy, starszy już dużo rozumie). Na pierwsze pytanie nie potrafiłam odpowiedzieć – sama nie wiem dlaczego mnie ktoś kiedyś zaraził… Drugie było łatwiejsze. „Biorę lekarstwa, żeby szybciutko wyzdrowieć i pojechać z wami na długą i ciekawą wycieczkę”. Kiedy wyjechali na wakacje, bardzo brakowało mi ich kochanych tulących łapek, wesołych kawałów opowiadanych przez starszego, śmiesznych pomysłów młodszego… Ich troski i ogromnej (na miarę ich wieku) opieki… Jak wrócili na działkę, to wizerunek świata zdecydowanie mi się poprawił.
Troszkę (mimo rosnących już tylko popołudniami i nocami gigantycznych temperatur) byłam jakby silniejszą. To głupie, ale jak po dwóch miesiącach „lenistwa” miałam wreszcie siłę obrać marchewkę do obiadu, rozpłakałam się z radości, ŻE MOGĘ TO ZROBIĆ!!! Taki drobiazg, a mnie uradował, jakbym odkryła nowy, nieznany kontynent… Och, jak bardzo doceniłam wtedy wagę „drobiazgów”. Uświadomiłam sobie jakim szczęściem jest to, że można coś samemu wykonać! Nawet takie głupstwo, jak własnoręczne obranie marchewki!
Tak, świat „robił się” lepszy. Przyjechał nasz przyjaciel i przywiózł ryby do upieczenia na grillu. Przyrządził je ze znawstwem mój mąż. Jakie były pyszne! Zjadłam całe pół ryby! Byłam bardzo dumna z tego osiągnięcia, bo rybka nie chciała wracać… Od tej potrawy jedzonko zdecydowanie miało bardziej przyjazne zachowania w stosunku do mnie. W drugą połowę piątego miesiąca wkroczyłam pod znakiem ryb w swoim menu: śledzie w oleju, w śmietanie, łosoś wędzony… „Gorzkie żale” pozostały wprawdzie gorzkie, ale już bez tych „żalów”. Rybki jadłam ze smakiem (choć za nimi nie przepadam). Były to wprawdzie małe, niezbędne porcje (bo większe jednak się buntowały), ale przynajmniej „wchodziły” (nie jak inne potrawy - kiedyś pyszne - a teraz wręcz paskudne…) .
Nie chciałam pamiętać trudnych chwil, ale te dobre chciałam w swej pamięci utrwalić. Wprawdzie nie zawsze je w pełni „kodowałam”, ale przecież były: pobyty córki, syna z rodzinami. Ten śmiech i żarciki dwóch moich wnuków i te pierwsze uśmiechy najmłodszego – trzeciego… Wizyty przyjaciół: Eski ze Stachem, którzy prześcigali się w szukaniu produktów i potraw „leczących anemię”. Mnóstwo „esemesków” ze słowami troski i wsparcia od przyjaciół i znajomych… Tak, świat był zdecydowanie bardziej kolorowy… Chciało się żyć dla tych dobrych momentów…
